Co roku, podczas roztopów mieszkańcy ulicy Wyspiańskiego przeżywają ten sam horror. Przez kilka tygodni, dopóki ulica nie wyschnie, są odcięci od świata. Gdy ktoś zachoruje, jest noszony przez błoto na noszach do ulicy Wyszogrodzkiej.
Wyspiańskiego, to wąska, ślepa uliczka odchodząca od Wyszogrodzkiej w stronę byłego Chemitex-u. Już sam wjazd na nią graniczy z cudem. Aby dotrzeć do swoich posesji, mieszkańcy muszą najpierw pokonać przejazd przez tory o nachyleniu prawie 45 stopni. Bywa, że niektóre auta zawieszają się na torach i trzeba sporego wysiłku, aby je stamtąd ściągnąć. Potem jest jeszcze gorzej. Gdy następuje odwilż lub intensywne deszcze, dojazd do budynków położonych na końcu ulicy, jest niemożliwy. Wyspiańskiego przypomina wtedy bajoro. Kierowcy, którzy próbują mimo wszystko dojechać do swoich budynków, są zmuszeni pozostawić pojazdy utopione w błocie i cierpliwie czekać, aż ulica wyschnie. Dopiero wtedy mogą próbować jej odkopać. - Nie pomagają żadne pisma ani prośby do władz miasta o utwardzenie ulicy. Tymczasem, podczas każdych roztopów lub większego deszczu, ulica przemienia się w nieprzejezdne bajoro. Wczoraj mąż próbował dojechać samochodem do domu, ale auto utonęło w błocie - powiedziała nam pani Anna Janowska. Pani Anna miesiąc temu stała się szczęśliwą mamą. Jednak patrząc na ulicę, która prowadzi do ich domu, nachodzą ją coraz częściej czarne myśli. - Co będzie, jak dziecko się rozchoruje. Przecież tu nie dojedzie karetka ani nie dojdzie lekarz - dodaje. W pamięci ma sytuację sprzed dwóch lat, kiedy to poparzonego podczas pożaru sąsiada, trzeba było nieść na noszach aż do ulicy Wyszogrodzkiej. Karetka, która przyjechała do rannego, nie mogła dojechać do posesji. Najpierw miała trudności z pokonaniem stromego podjazdu, potem o mało nie utopiła się w błocie. Także strażacy nie mogli dostać się do płonącego budynku od strony ul. Wyspiańskiego. O tym, jaka sytuacja panuje na Wyspiańskiego oraz na innych sąsiadujących z nią miejskich ulicach, może świadczyć zdarzenie z początku marca tego roku. Wtedy to, śmieciarka jednej z firm wywożących odpady, ugrzęzła w błocie. Przez dwa dni próbowano wyciągnąć ją z mazi za pomocą dźwigów, ale bezskutecznie. Trzeba było czekać aż przyjdzie mróz. Ale i wtedy trzeba było kilku godzin, zanim udało się ją wydostać z błota. Na skutki tego zdarzenia nie trzeba było długo czekać. Firma śmieciowa wypowiedziała ludziom umowy, oznajmiając, że nie będzie odbierała odpadów w sytuacji, gdy jej samochody się topią. Podobnie postąpiły firmy, które opróżniają szamba. Większość ze zbiorników na odpady płynne przy ulicy Wyspiańskiego jest już przepełniona i ścieki zaczynają wylewać się na podwórka. Nie są one opróżnianie, bo firmy, posiadające ciężki sprzęt do wywozu ścieków, nie chcą ryzykować utopieniem aut w błocie. Co na to miejscy urzędnicy? Otóż, mąż pani Anny, po ostatnim zdarzeniu, kiedy jego samochód zapadł się w błocie, postanowił szukać pomocy w Urzędzie Miejskim. Okazało się to zadaniem nie tylko karkołomnym, ale i niemożliwym do wykonania. Najpierw usłyszał od Ryszarda Budzałka, naczelnika Wydziału Gospodarki Komunalnej, że przesadza, bo ulica Wyspiańskiego jest przejezdna i żadnego błota tam nie ma. W związku z tym, miasto nie będzie z nią nic robić. - Mąż postanowił udać się do Burmistrza, a właściwie do jego zastępcy Krzysztofa Ciołkiewicza. Ten dał mu numer telefonu do właściciela firmy, która wygrała przetarg na równanie gruntowych ulic na terenie miasta - opowiada nam pani Anna. Ale jej właściciel stwierdził, że teraz, kiedy jest odwilż, nic nie da się zrobić, bo nawet równiarka się zakopie i trzeba czekać, dopóki droga nie wyschnie. Janowski po raz kolejny udał się do Urzędu Miejskiego, aby prosić o pomoc burmistrzów, ale żaden z nich nie był uchwytny. W końcu, po kilu dniach udało mu się dostać do jednego z nich. Ten jednak, zamiast mu pomóc, powiedział zdesperowanemu ojcu, że nie będzie z nim rozmawiał i jak ten nie opuści jego gabinetu, to wezwie policję. Być może męża pani Anny poniosły nerwy i padło kilka słów za dużo. Nie ma się jednak co dziwić jego zdenerwowaniu, kiedy boi się o zdrowie dziecka. Na dodatek samochód, którym dojeżdżał do pracy, został utopiony w błocie na ulicy należącej do miasta. Czarę goryczy dopełniło także stwierdzenie zastępcy burmistrza, który miał powiedzieć mężowi pani Anny, że Janowscy sami są sobie winni, bo wiedzieli, przy jakiej ulicy zamieszkają i mogli pomyśleć o tym, gdy się tam wprowadzali. Gdyby to zrobili, nie mieli by dzisiaj problemów. - Czy miejscy urzędnicy uważają, że jak nie zamieszkalibyśmy przy Wyspiańskiego, to nie byłoby tam błota - pyta pani Anna. Dodaje również, że napisali do burmistrza pismo, w którym prosili go o wyrażenie zgody na utwardzenie ulicy na ich koszt. Jednak do tej pory nie otrzymali żadnej odpowiedzi. Państwu Janowskim jak i innym mieszkańcom posesji położonych przy podobnych ulicach jak Wyspiańskiego, przypominamy, urzędnicy nie są wcale tacy bezkarni i muszą im zwrócić poniesione straty. Urzędnicy, którzy nie dopełnili swoich obowiązków, mogą być także ukarani chociażby na podstawie art. 90 Kodeksu Wykroczeń, który stwierdza, że: „Kto tamuje lub utrudnia ruch na drodze publicznej lub w strefie zamieszkania, podlega karze grzywny albo karze nagany”. Jerzy Szostak
dodał jasz w dniu 03-23-2010 07:10 Idź do Aktualności
|